piątek, 15 września 2017

[Paranormal Activity Club] Rozdział 84


Lucy obeszła fotel w wynajmowanym przez nią mieszkaniu w stolicy Pengrande. Pozostałe współlokatorki właśnie znajdowały się w pracy, więc do godziny siedemnastej mogła liczyć na spokój i chwilę wytchnienia. Nawet nie rozpakowywała, tylko postawiła torbę z ubraniami w kącie. Pieniądze i klucze, które znalazła w smoczych figurkach, trzymała przy sobie. Teraz jednak jeden z kluczy oglądała ze wszystkich stron, powtarzając tym samym codzienny rytuał.
Fascynował ją ten przedmiot. Zastanawiała się, ile tak naprawdę może znaczyć i gdzie prowadzą wrota, które otwierał. Chociaż przede wszystkim teraz pytała, gdzie one się w ogóle znajdują. Próbowała odnajdywać wskazówki, może spodziewała się, że pod tajemniczym adresem zdobędzie odpowiedź, lecz spotkała się z rozczarowaniem. Wycieczka do Hildy nic jej nie dała, tylko doprowadziła do śmierci niewinnych ludzi. Dowiedziała się tylko tyle, co już dawniej podejrzewała — Acnologia wciąż żyje. Czy faktycznie przeżył pożar, czy wciąż „manipulował” umysłami dzieci z Rajskiej Wieży — oba nie miały żadnego znaczenia, skoro była śledzona.
Rozejrzała się po pustym pokoju, którego nie miała zamiaru nawet urządzać. Podejrzewała, że minie dzień, może dwa, i sama pożegna się z nic nieznaczącym pomieszczeniem.
Westchnęła ciężko, marząc, by się upić i zapomnieć o wszystkim, co do tej pory ją spotkało.
Gdzie miała dalej iść? Co robić, skoro adres okazał się niewypałem?
Podniosła się z zalanego kawą kąta i przybliżyła do okna. Otworzyła je i wpuściła do środka nieprzyjemny zapach spalenizny i odoru, który unosił się nad miastem. Dym kłębił się nad stolicą, gromadząc głównie w części fabrycznej, w której już dawno ogłoszono stan wyjątkowy. Po ulicach walały się pojedyncze fragmenty gazet, niesione przez wiatr. Uliczne szczury biegały między kolejnymi kratkami, lecz nikt nie przejmował się ich obecnością w ciągle panującym zgiełku i zapracowaniu.
Jeden z piekarzy krzyknął, zapraszając na świeże bułeczki i chleb o połowę droższe niż dnia poprzedniego.
Lucy spojrzała na wnękę w jej portfelu. Kilka monet zabrzęczało. Miała jeszcze trochę gotówki, ale podejrzewała, że tej nie starczy jej na najbliższy miesiąc. Może mogłaby ponownie stanąć na ring?
Nie. Pokręciła głową, nie zgadzając się na ten pomysł. Nienawidziła wzroku mężczyzn, którzy z rzucali w stronę dziewczyn pieniędzmi, bielizną i, ewentualnie, karteczkami z numerami. Wielokrotnie zatrzymywali ją przypadkowi goście, kiedy wracała do domu, proponując konkretną sumę za noc.
Obiecała, że już do tego nie wróci. Dla siebie, dla przyszłości. Podjęła decyzję i nie zamierzała z niej już więcej rezygnować.
Nagle cos trzasnęło.
Lucy odwróciła się.
Drzwi otworzyły się gwałtownie przez panujący w pomieszczeniu przeciąg, a w progu stanęła uśmiechająca się od ucha do ucha Lisanna, trzymając w ręku kopertę. Podeszła dumnie do Lucy, zaciskając między palcami nieodpalonego papierosa.
— Erza Scarlet — powiedziała niemal szeptem.
— Co z nią? — zapytała podejrzliwie Lucy.
— Znalazłam ją. — Rzuciła zdjęcia na podłogę, kiedy już przysiadła przy ścianie. — I wiem, co się z nią działo przez ostatnie dwa lata.
Lucy odjęło mowę.
Ostatni raz widziała Erzę jeszcze w szkole, teoretycznie w ich dziecinnym klubie tajemnic. Zniknęła w tajemniczych okolicznościach, oficjalnie wyjechała, nie mówiąc o tym nikomu. Jedyni jej przyjaciele mieli wtedy zbyt dużo zmartwień, więc nikt de facto jej nie szukał.
— Ale… — Zawahała się. — Nie rozumiem. Czy coś…
Lisanna wskazała na kopertę.
— Tu masz wszystko — odpowiedziała, nie kryjąc chytrego uśmieszku.
Lucy wątpliwie podeszła i wzięła list, wyjmując z niego kilkanaście zdjęć, na których od razu dostrzegła kobietę o charakterystycznym kolorze włosów. To była Erza. Towarzyszył jej mężczyzna o niebieskich włosach, z blizną na twarzy, trzymając w dłoni futerał na kontrabas. Oboje wydawali się być w dobrych relacjach. Trzymali się za ręce, chodzili do kawiarni i kina. Ale na kilku zdjęciach dostrzegła coś niepokojącego. Pojawiła się druga kobieta, druga Erza…
— Czy to jakieś żarty? — dopytała się Lucy. — Przecież to jakiś fotomontaż! — Przesadziła z wrzaskiem, gdyż sąsiadka z mieszkania obok uderzyła laską w cienką ścianę, nakazując, by jej nie przeszkadzano.
— To nie są fałszywki, Lucy — zapewniła Lisanna. — Posłuchaj, znamy się nie od dziś. Współpracowałyśmy przez ostatnie dwa lata, więc dlaczego teraz nagle miałabym próbować cię oszukać?
— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami. — Może… — zamilkła.
Gwałtownie rzuciła się na jedno ze zdjęć, uważnie lustrując mężczyznę, znajdującego się na nim. Przez chwilę zastanowiła się. Znała go skądś… W futerale można by łatwo schować broń. Przy morderstwie Mesta ktoś strzelał z dużej odległości. Widziano mężczyznę o fioletowych włosach z futerałem. Może… Może to był on. Lucy jeszcze baczniej się przyjrzała. Słychać było tego dnia karetkę. Karetka również uciekła, kiedy została ratowana przed Porlą. Doktor Henry był dzieckiem z Rajskiej Wieży, tak samo Jellal i Erza…
— Jellal — szepnęła.
Teraz dopiero przypomniała sobie o mężczyźnie, który wysiadł z jej przedziału, gdy dojechali pociągiem na ostatnią stację. Przecież to musiał być on, nie kto inny.
— Co Jellal? — Lisanna wydawała się zainteresowana nową informacją. — To on?
— To musi być on — odpowiedziała, kręcąc głową. — To on od początku nami manipulował. Jeszcze od Juvii słyszałam, że Gray, zanim całkowicie zwariował i próbował zabić Natsu, widział mężczyznę o fioletowych włosach. Tak samo taki człowiek niby to zabił Ur, ale… To Jellal, to zawsze był Jellal.’
— Ale dlaczego na tym zdjęciu są dwie Erzy? — Zamyśliła się. — To nie ma sensu. Poza tym niewiadomo, co się stało z całą rodziną Erzy.
— Co masz na myśli?
— Pożar. Pożar pochłonął całą rezydencję, nic nie pozostawiając. Domowników nigdy nie odnaleziono.
Lucy zsunęła się po ścianie, siadając obok Lisanny.
— Nie rozumiem — odparła. — To co… — Zawahała się. — To co się stało z Erzą?
Lisanna jeszcze raz wskazała na zdjęcia.
— One są dowodem na to, że wciąż żyje. A przynajmniej tak mi się wydaje — dodała ciszej.
— Jak to ci się wydaje?! — wrzasnęła. — Przecież na zdjęciach wyraźnie widać nawet dwie Erzy.
— Wiem — zgodziła się. — Ale pomyśl, kochana, że to może być czyjaś sztuczka. Może ktoś chce tobą zmanipulować i doprowadzić do fałszywej Erzy.
— Przecież tu są dwie Erzy — powtórzyła, jakby miało to pomóc jej stać się prawdą.
— Teoretycznie powinna być tylko JEDNA Erza — przypomniała jej Lisanna.
Miała rację.
Odłożyła zdjęcia z powrotem na podłodze, lecz nadal wierzyła, że jakiś detal, nawet ten nieznaczny, pozwoli jej odpowiedź na pytanie: Co się stało z Erzą?

4 komentarze: