czwartek, 23 sierpnia 2018

[Smocze Królestwo] Rozdział 95


Opowiadania, Fairy Tail, Fanfiction, Nalu, fantasy, PL


Otworzyła oczy, po czym przeciągnęła się na twardym łóżku, poprawiając zaraz białą koszulę, która zsunęła się z jej wychudzonych ramion. Jasne włosy wysunęły się z koków, zasłaniając sine zasinienia na skórze. Lu Xi pogładziła zaatakowane przez chorobę miejsce. Przybierało na sile, tak samo jak u jej matki. Machnęła na to ręką, okrywając się dokładnie koszulą. Lekarze nie zdążą uporać się z wynalezieniem odpowiedniego leku. Nie dali rady w przypadku jej matki, to i teraz sytuacja się powtórzy.
Li Li weszła do pokoju, kłaniając się na samym początku. Położyła na łóżku mały pakunek, a na jej policzkach zaraz pojawiły się rumieńce. Lu Xi rozwinęła woreczek, wyjmując ze środka figurkę przedstawiającą smoka światła. Obejrzała ją ze wszystkich stron. Nie wyglądała na drogą, wykonano ją raczej z żelaza, niedokładnie pokrywając złota farbą.
— To prezent, królowo — powiedziała Li Li, masując nerwowo dłonie. — Zrobiłam to. Wszystkiego najlepszego. Oczywiście z okazji szesnastych urodzin.
Lu Xi zmrużyła oczy z zaskoczenia. Popatrzyła jeszcze raz na figurkę, zauważając nierówną prawą łapę i trochę wykrzywiony łeb smoka. Jednak robota została wykonana całkiem sprawnie. Nigdy nie podejrzewała Li Li o takie zdolności.
— Musisz poprawić kilka rzeczy. — Zakaszlała. — Dziękuję. Nie jest idealne, ale doceniam twoje starania. Przepięknie udało ci się odzwierciedlić skrzydła smoków. Solidne i potężne. Ale łapy i sama głowa wymagają dalszej nauki. Za rok zrób dla mnie lepszy.
— Tak jest, królowo!
Postawiła figurkę na szafce stojącej tuż pryz łóżku.
— Na razie tu ją postawię. Li Li?
— Tak, królowo. — Podeszła bliżej. — Rozumiem, że chcesz poznać plan dnia.
— Zgadza się.
— Dopiero kiedy słońce osiągnie najwyższy punkt na niebie, ludzie zaczną świętować twe urodziny.
— Do tego czasu mam wolne?
— Zgadza się.
— Ri Han — zwróciła się do mężczyzny leżącego na drugim łóżku, tuż przy samym oknie.
— Słucham.
Przewrócił się na bok, nie zasłaniając narzutą ciała aż do samego pasa. Li Li pisnęła, zasłaniając oczy. Lu Xi parsknęła śmiechem, zastanawiając się, ile razy będzie świadkiem tego typu sytuacji.
— Przejdziemy się do smoczego gaju? — zaproponowała, choć nie spodziewała się usłyszeć odnowy.
Ri Han wstał, nakładając na siebie bordowy płaszcz. Wziął z szafy złotą suknię Lu Xi i podał jej. Odwrócił się w kierunku okna. Li Li pomogła królowej ubrać się. Tym razem strój nie wymagał większego wysiłku. Rękawy sięgały jedynie do kolan, wydając się jednocześnie lżejsze i wygodniejsze. Li Li nie ścisnęła pasa tak mocno jak zawsze. Za to włożyła za niego sztylet, zawijając warstwą grubego materiału.
— Na zaś — wyjaśniła.
— Zawsze to dla mnie robisz — odparła Lu Xi, doceniając troskę służącej.
— Może spakujesz też coś do jedzenia? — zaproponował Ri Han, przegryzając białe jabłko.
— Nie — rzekła Lu Xi. — Nie potrzebny dodatkowy balast. Musimy porozmawiać, Ri Hanie.
— Oczywiście, jak zawsze. — Prychnął pod nosem. — W takim razie przygotuję przejście. Spalę pajęczyny i… — Wszedł do drugiego pomieszczenia.
Lu Xi i Li Li pozostały same. Li Li nieśmiało poprawiła rękaw królowej, po czym odwróciła się i poszła w stronę wyjścia. Chwyciła za klamkę i zatrzymała się, nawet nie uchylając drzwi. Ścisnęła usta i obróciła się ku Lu Xi, jakby chciała jej coś powiedzieć. Wbiła wzrok w podłogę.
— Królowo, mam złe przeczucia — odparła w końcu, wypuszczając trzymane powietrze z ulgą. — Mam bardzo złe przeczucia.
— Zawsze może coś się zdarzyć, Li Li.
— Królowo… — Urwała, kręcąc głową. — To nie tak, wydarzy się coś przerażającego. Czuję to w kościach. Mój ogień to czuje. Smoki stają się niespokojne.
— Nie bój się. Mamy przecież podpisany pakt — uspokoiła służącą, nie rozumiejąc jej obaw.
— Pakt nic nie znaczy — odpowiedziała szczerze.
Lu Xi oniemiała, słysząc, z jak wielkim brakiem szacunku zwraca się do niej Li Li.
— Jestem głupia. — Łypnęła złotymi oczami ku Li Li. — Może wyjaśnisz mi dlaczego…
— Gdyż to tylko dokument i, o królowo, wybacz…
— Cii. — Przyłożyła palec do ust. — Nie proś o wybaczenie, tylko mów dalej. Chętnie posłucham czyjejś opinii.
— Oj, królowo moja droga, to tylko pakt, papier, który można rozedrzeć. — Ognisty warkocz zapłonął bardziej. — Wystarczy, że zmieni się jeden smoczy król i rozpocznie się wojna. A ludzie… — Zawiesiła głos. — Ludzie zawsze chcą więcej niż mają. U smoków panuje siła, u ludzi chęć zdobycia więcej i więcej. Poprzedni rok przyniósł pokój, ale co z kolejnymi?
Lu Xi przysłoniła dłonią twarz, zastanawiając się. Trudno było nie przyznać służącej racji. Faktycznie mogła nie zauważać rzeczy, które działy się wśród ludzi i relacji panujących między ludźmi a smokami.
Przystanęła przy oknie, palcami muskając o kamień. Wyjrzała przez otwór pałacowej ścianie. Ludzie szykowali się na świętowanie jej urodzin. Wóz z fajerwerkami przybył pod magazyn, a kucharka przeszła z tacą pełną świeżo wypieczonego chleba. Ślinka podeszła Lu Xi do gardła. Na sam widok chleba, przypomniał jej się ten rozkoszny dla nozdrzy zapach. Rozbrzmiał dźwięk kruszonego pieczywa, kiedy go gniotła. Niewolnik chwycił konia, zaprowadzając go do stajni. Młode smoki rozwieszały właśnie ozdoby, równocześnie bawiąc się z przeszkadzającymi dziećmi. I to miasto ma złamać pakt?, pomyślała, uznając, że to największa głupota.
— Nie jestem zła za twe słowa — zwróciła się do Li Li. — Rozumiem twoje zmartwienia, ale nie bój się. Póki jestem królową, smoki będą bezpieczne — oświadczyła i poszła za Ri Hanem.

***

Pojedyncze wróżki przemknęły obok Lu Xi, pozostawiając na jej sukni złoty pył, który zaraz z siebie strzepnęła. Wróżki tylko zachichotały, znowu obsypując swoje skrzydełka. Lu Xi zacisnęła szczękę, próbując utrzymać nerwy na wodzy. Ri Han machnął nad królową, odganiając niechciane stworki.
— Dziękuję.
— Jeszcze nie dziękuj, królowo, to dopiero początek — ostrzegł ją, wskazując przed siebie.
Drzewo wróżek wyłoniło się zza magicznej mgły, ukazując kolonie wróżek, które założyły swe gniazda wśród gałęzi drzew. Lu Xi westchnęła ciężko, powoli akceptując mieszkańców, którzy wydawali się czekać specjalnie na ich przybycie. Jednak zanim wykonały pierwszy ruch, naprzeciw królowej wyszedł Zeref. Mężczyzna spojrzał na nią czarnymi, pustymi oczami, przerażając ją, jak zawsze zresztą. Okrążyła go i usiadła na kamiennej ławce, w duchu zmawiając smoczą modlitwę.
— Dzisiaj musiałaś przyjść? — spytał ostrym tonem Zeref.
— Wczoraj, dzisiaj czy jutro… — Wzruszyła ramionami. — Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie, kiedy przyjdę, strażniku gaju?
— Nie. — Kąciki jego ust uniosły się. — Ale Eric pragnął się z tobą widzieć, więc nie odpoczywaj tutaj zbyt długo, o królowo. Poza tym mam nowego pomocnika, Ko Mui — dodał szybko. — Młody, całkiem solidny chłopak, który rwie się do pracy. Choć te zielone włosy wcale do niego nie pasują — skomentował, wskazując na własne kosmyki, czarne jak jego cień.
— Godny zaufania?
— Oczywiście, że nie. — Zaśmiał się. — Dlatego to ja jestem strażnikiem — szepnął, po czym ukłonił się i odszedł.
Lu Xi podsunęła sukienkę, machając nogami w przód i w tył jak małe dziecko. Słońce grzało dziś wyjątkowo przyjemnie, skóra przestała piec, a delikatny wiaterek pieścił jej włosy. Czuła się jak w raju — krótkim, może i złudnym, ale jej własnym.
— Siądź obok mnie — poprosiła Ri Hana.
Wykonał prośbę jak rozkaz.
— Naprawdę jesteś mi wierny.
— Obiecałem ci, królowo, że spełnię każdy twój rozkaz — powiedział. Wydawało jej się, że szczerze.
— A jeśli bym ci rozkazała skoczyć w ogień?
— Bez problemu. — Parsknął śmiechem. — Przyznam, że kusząca propozycja.
— A wysłuchasz mnie i nikomu nic nie powiesz?
— Oczywiście, że tak.
Rozchyliła wargi, lecz zaraz je zamknęła. Wzięła głęboki haust powietrza. Ufała Ri Hanowi, ale sobie już nie. Pragnęła mu wyznać wszystko, co ostatnio zaprzątało jej głowę, ale bała się… Nie tylko jego reakcji. Gdyby świat się dowiedział, rozpętałaby prawdziwą wojnę.
— Wydaje mi się, że kogoś kocham — wyznała, wierząc, że w tej sposób nie zaszkodzi ani sobie, ani ludowi.
— Król Eric pozazdrościłby królowej — rzekł, drapiąc się po głowie. Zmieszał się. Unikał jej wzroku. — Ale królowa wie, że…
—… nie mogę ziścić tej miłości? — dokończyła za niego. — Oczywiście. Jestem królową, nawet nie liczę na to, by być z kimś, kogo kocham. Ri Hanie, ja naprawdę mam do spełnienia wielką misję. Władza, pozycja pozwala mi na coś, do czego inne kobiety nie są zdolne. Nie zmarnuję tego, ale… — Głos ugrzązł w gardle. — Umieram. Nie zdążę. Potrzebuję potomka.
— Potomka? — powtórzył z niedowierzaniem.
— Tak, potomka — odparła stanowczym tonem. — Silnego, silniejszego niż ja. — Zacisnęła pięść ze złości. — Potrzebuję silnego ojca dla mojego dziecka, który w razie… — Zaczęła płakać. — Który po prostu weźmie odpowiedzialność za swój czyn i po mojej śmierci uczyni z naszego dziecka wielkiego władcę. Władcę, który dokończy moje dzieło.
Lu Xi pogładziła materiał na rękach, szukając nici, za które ktoś pociągałby odpowiednie sznurki. Słowa przechodziły przez usta, choć sprzeczne z myślami, z tym, co tkwiło w jej głowie.
— Królowo — chwycił za jej dłonie — ty już dokonałaś wielkich czynów. Co innego mogłabyś jeszcze uczynić?
— Ja nienawidzę ludzi — zwierzyła się zbyt łatwo.
— Słuchacha… — Nie mógł dokończyć.
— Kocham smoki ponad życie — podkreśliła to jeszcze mocniej. — Kocham i chcę, aby ludzie też je pokochali. Nikt nie może złamać paktu, nikt nie może sprzeciwić się mnie. A jednak dzisiaj Li Li… — Serce zakołatało w piersi. Chwyciła się za nią, czując, jakby miało zaraz rozsadzić ją od wewnątrz. Strach czy objaw choroby? — Li Li ostrzegła mnie przez moimi własnymi ludźmi, Ri Hanie.
— Słyszałem — odparł.
— Oj, wiem — rzekła ostrym tonem. — Zawsze podsłuchujesz. Nadal odpowiedziałabym jej tak samo. Tak samo — podkreśliła. — Ale jeśli istnieje minimalna szansa, że to prawda, wolę nie okazać się głupcem. Chcę dziecko. Nie — pokręciła głową — ja go potrzebuję.
— Królowo — odsunął się — jesteś szalona. Przecież smoki wyczują, że nie jesteś… czysta, że przeżyłaś swój pierwszy raz.
— Poproszę Li Li, by mnie nasmarowała odpowiednimi olejkami. Ona sama ich używa, by…
— Nie!
Zadrżała, słysząc stanowczy ton mężczyzny. Nie spodziewała się usłyszeć odmowy. W głębi serca pojmowała kategoryczny sprzeciw Ri Hana, ale w tych okoliczność potrzebowała sługi bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
— Czy ty w ogóle wiesz, dlaczego jestem tak bezcenna? Dlaczego stałam się królową?
— Królowo…
— Ri Hanie, ja jestem nikim — dokończyła, nie dając dojść smokowi do głosu. — Urodziłam się tylko ze świadomością smoczą, umysłem smoczym. Dopiero później zrozumiałam dlaczego… — Wspomnienie dawnej rozmowy z Ericiem doprowadziło ją do dreszczy. — Wojna między ludźmi a smokami była okrutniejsza niż mogliśmy to sobie wyobrazić. I kiedy wydawało się, że wszystko przepadnie, niebo otworzyło się, a prorocy przyrzekli narodziny królewskiego dziecka, które będzie znakiem pokoju. Wraz z końcem ich przepowiedni, ja się narodziłam. Mój krzyk rozbrzmiał po całym świecie. Rosłam szybciej, dojrzałam szybciej, ale ja nie posiadam żadnej mocy. Nie kontroluję smoków, nie kontroluję ludzi. Ja po prostu jestem królową, bo tak nakazało mi przeznaczenie.
Ri Han wstał. Podbiegł przerażony do wróżkowego drzewa, plecami opierając  o kruchy pień. Z jego twarzy lał się pot. Nawet z odległości dostrzegła, że się trzęsie. Schowała twarz w dłoniach, paląc się ze wstydu. Wzięła kilka wdechów. Podniosła się i przysiadła tuż obok Ri Hana, kładąc głowę na jego ramieniu.
— Proszę, to nie jest rozkaz.
Chwyciła go za dłoń, czekając na odpowiedź.
— Nawet gdybyś rozkazała mi — przetarł oczy — ja bym tego nie zrobił, królowo. Oszalałaś — stwierdził, jakby szukał odpowiedzialności za to, co powiedziała, w jej umyśle.
Lu Xi zadygotała.
— Daj mi dziecko — rzekła stanowczo. — To rozkaz — wycedziła przez zęby, nie znajdując w tym momencie innego wyjścia.
— Ja…
Przysłoniła mu usta, nie pozwalając wypowiedzieć choćby słowa więcej. Wystarczająco wielu wymówek się nasłuchała, by dostać jeszcze jedną. Podwinęła suknię i usiadła na kroczu mężczyzny, wbijając beznamiętny, lodowaty wzrok w Ri Hana. Sięgnęła do supełków, rozwiązując je.
— Obiecałeś, że zrobisz dla mnie wszystko. Wszystko — powtórzyła ostro. — Wszystko… — wyszeptała, odruchowo wtulając się w jego tors.
— Błagam, nie rób tego…
— Smok ognia to symbol namiętności i płodności. — Zrzuciła z siebie materiał. — Jesteś smokiem ognia.
— Jestem tylko w poł…
Lu Xi wbiła się w jego usta, nie pozwalając, by dokończył zdanie, by nie wypełnił rozkazu. To nie tych ust szukała, pragnęła dotknąć i zatracić się w uczuciu, które ukrywała przed światem w sercu. Jednak istniała różnica między tym, co chciała zrobić, a co powinna…
No i już wkrótce koniec wspomnień, moi najmilsi! A, i tak, nie lubię pisać scen erotycznych. Jeszcze oddzielnie ok, ale wewnątrz, to nie ma mowy! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz