poniedziałek, 13 maja 2019


LOKI
Spieprzył sprawę — określenie było zbyt łagodne i grzeczne, ale wśród obolałej do granic możliwości głowy, tylko to przyszło mu na myśl.
Loki jęknął. Przechylił głowę na prawą stronę, potem na lewą, rozciągając mięśnie ścierpniętej szyi. Nic nie pomogło. Całe ciało bolało Loki’ego, jakby ktoś przejechał po nim kilka razy, a potem jeszcze kopnął dla pewności, że każdy skrawek mięśni będzie krzyczał z bólu. Najgorszy jednak był ten szum w uszach. Irytował z każdą sekundą coraz mocniej. Loki tracił cierpliwość, ale równocześnie nie mógł z nim nic zrobić.
— Loki? — usłyszał cienki głos Lucy.
Próbował się zerwać, lecz powstrzymały go łańcuchy, przytwierdzone do przeciwległej ściany, przy której siedziała Lucy. Uśmiechnął się ciepło — tylko po to, żeby ją pocieszyć. Lucy w odpowiedzi zatrzęsła się jeszcze mocniej. Zacisnęła powieki i wzięła kilka głębokich oddechów. Łzy zebrały się w jej oczach. Jeszcze się nie rozpłakała.
— Jakoś nas stąd wydostanę — obiecał, choć jego słowa brzmiały jak zwyczajne kłamstwo. Nawet nie zdołał spojrzeć Lucy w twarz, gdy do niej mówił. Odwrócił wzrok i udawał, że rozgląda się po pomieszczeniu.
Czego miał tutaj szukać? Pustych, pokrytych w kątach pleśnią ścian i wielkich, żelaznych drzwi? Rozpoznał ten pokój, gdy tylko po raz pierwszy otworzył oczy. Znajdowali się w starym magazynie na przedmieściach, niedaleko dawnej dzielnicy fabrycznej, w której przetrzymywano dziesięć lat temu Lucy. Ta sama firma zajmowała się projektowaniem budynku, a później druga realizowała zlecenie. W latach wielkiego kryzysu tylko nieliczne prywatne firmy zdołały się utrzymać na rynku, większość była państwowa. W Magnolii tylko za wstawiennictwem rodziny Heartfilia udało się zlecić budowę całej dzielnicy miejscowemu przedsiębiorstwu. Obecnie już nie istniało. Obszar należący do dawnych fabryk zamknięto i przeniesiono się na tereny wiejskie, choć część padła w naturalnej selekcji.
Loki nie dziwił się więc, że zawieźli ich do najbardziej odludnionego i opustoszałego miejsca, gdzie ich krzyki nie wyszłyby poza grube, betonowe ściany budynku.
Wziął głęboki wdech. Charakterystyczny, zatęchły zapach wypełnił jego nozdrza, budząc dawne wspomnienia. Lucy nie znała prawdy, przynajmniej tej części prawdy. Nie zawsze wyjeżdżał z ojcem w teren, aby doglądać miasto. Doglądał, ale roboty ojca, która zazwyczaj kończyła się wśród tych czterech ścian. Wciąż w uszach bębnił mu ten sam dźwięk, gdy kość uderzała o kość, a krew kapała na posadzę. Nie zapomniał i nie zamierzał zapomnieć. Wspomnienia zakorzeniły się zbyt głęboko.
— Loki… — głos Lucy zadrżał. — Loki, czy to… — Skrzywiła się, niezdolna, aby dokończyć pytanie.
— Pytaj śmiało — zachęcił ją. — Odpowiem.
— Czy to tutaj kończyli „inni”? — spytała, tym razem pewniej, jakby cały strach odszedł w jednej chwili. Pociągnęła nosem i zdusiła w sobie łzy, nim Loki zadrżał z niepokoju. Jej wzrok przeszywał, inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała. Znała prawdę.
— Ty… — urwał, zaciskając mocno usta, aby niepotrzebne słowa nie przeszły, aby ich nie żałował. — Tak — podał krótką, konkretną odpowiedź.
— Rozumiem. — Kiwnęła trzy razy głową. — Ojciec czy dziadek?
— Raczej ojciec. Twój dziadek miał swoich.
— A ojciec wykorzystywał was?
— Nie! — odparł szybko, aby wyjaśnić nieporozumienie. — Lucy, to porwanie… Ono nie powinno się wydarzyć. To było niesprawiedliwe. Ochroniliśmy cię tyle razy. Mój ojciec…
— Zabijaliście ludzi, którzy chcieli mnie porwać — przerwała ostrym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Prawda?
— Nigdy nie pociągnąłem za spust.
— Czyli twój ojciec…
— Tak! — krzyknął, nie chcąc, by Lucy dokończyła zdanie za niego. — Mój ojciec zabijał ludzi, którzy chcieli ciebie porwać. Pasuje?
— Pasuje? — zdziwiła się. — Loki, nie pasuje. Miałeś mnie chronić, a nie…
— Lucy, to nie takie proste. Ojciec był porządnym człowiekiem, ale sam nienawidził tych… — zabrakło mu odpowiedniego słowa. „Potwory” — często ich nazywał, ale już nie wystarczało.
— Rozumiem, ale…
— Ale co? Proszę, Lucy, też nie udawaj, że nie wiedziałaś, czym zajmował się twój ojciec i czym obecnie zajmuje się twój dziadek. Błagam, nie oszukuj mnie. Sama miałaś siedzieć w tym biznesie.
— Nie… — Westchnęła ciężko. — Nie oszukuję cię. Loki, ja się boję. To miejsce… — rozejrzała się — jest straszne. Dlaczego znowu? Dlaczego ktoś mnie porwał? Czy to jakaś gra?
— Raczej nie.
— Przez dziesięć lat nic się nie wydarzyło, a teraz nagle…
Nie nagle, chciał jej powiedzieć, ale nie umiał. Spotkała Natsu i to wystarczyło, że koło nieszczęść znów wprawiono w ruch. Jaki przypadek sprawił, że dwa dni po tym, jak znalazła tego kota, ktoś ją porwał? Jednak Loki obawiał się czegoś innego — że to nie Lucy pierwotnie miała się tu znaleźć. Ucieczka Jude’a za bardzo wpasowała się w nagłe odwiedziny dwóch mężczyzn. A obolała głowa Layli? Oboje wiedzieli i skazali Lucy na porwanie. Jeśli chodziło o okup albo jakąś spłatę długów, to nikt nie przyjdzie im z pomocą.
— Czy to wina taty? — spytała, gdy drzwi zaskrzypiały.
Oboje zwrócili się ku wejściu. Nikt nie wszedł do środka, ponownie nastała cisza.
— Czy to wina taty? — powtórzyła pytanie, utwierdzając Lokiego w przekonaniu, że nie odpuści.
— Raczej tak.
— A mama? Czy ona wiedziała? Loki, czy oni oboje mnie…
— Tak! — krzyknął ze złości. Skierował ją na Lucy, niepotrzebnie, ale był wściekły na Juda i Laylę. Jeśli tylko stąd się wydostanie, oboje go popamiętają na zawsze, a samą Lucy zabierze do siebie. Nie pozostawi jej choćby minuty dłużej w tym piekle. — Nie wrócisz tam. Jude sobie zwiał z kochanką, a długi zostawił tobie i Layli. A Layla? Ból głowy sobie wymyśliła? — prychnął.
— Mama zawsze mówiła, że robi to wszystko dla mnie.
Dla niej?, zapytał siebie w myślach. Nie umiał odpowiedź. Jemu również się wydawało, że Layla zawsze miała na uwadze dobro Lucy. Mylił się? Wszyscy się mylili? A może wydarzyło się coś, co doprowadziło do takiego a nie innego zakończenia?
Loki pokręcił głową. Nie miał czasu, aby zastanawiać się nad Laylą czy Judem. Powinien szukać sposobu na wydostanie się, potem poszuka odpowiedzi na wszystkie pytania.
Szarpnął za łańcuchy, lecz te nie ruszyły się choćby o centymetr. Przyjrzał się bezpośrednio ogniwom, szukając w nich jakiegoś uszczerbku. Znalazł niewielką szczelinę między czwartym a piątym ogniwem, bardzo charakterystyczną, bo znał tylko jedną fabrykę, w której tak felernie prowadzono robotę, a maszyna produkcyjna zacinała się w jednym, tym samym etapie produkcji łańcucha. Należała do Heartfiliów.
Loki posłał Lucy pełne nadziei spojrzenie. Uśmiechnął się delikatnie, po czym podniósł łańcuch do góry i odparł:
— Między czwartym a piątym ogniwem jest szpara.
Lucy odsunęła się od ściany i przyjrzała dokładnie łańcuchowi. Gdy na jej twarzy pojawił się uśmiech, Loki już wiedział, że znaleźli drogę ucieczki. Równocześnie szarpnęli, aby rozciągnąć niewielki otwór. Raz za razem powtarzali czynność, ale nikomu nie udało się wydostać. Padli zmęczeni. Wzięli kilka głębokich wdechów. Powietrze w pomieszczeniu stało się ociężałe.
— Cokolwiek się udało?
— Nie. — Lucy pokręciła głową. — A tobie?
— Też nie, ale jeszcze kilka razy szarpnę i się wydostaniemy.
— Tak, a drzwi jak otworzysz? Głową? — zażartowała, pociągając delikatnie łańcuch. Nawet nie chciała go wyrwać, jedynie coś robić w trakcie chwili odpoczynku. — Nikt nie przyjdzie?
Loki wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Na razie nikogo nie zainteresowaliśmy.
— Może zapomnieli o nas?
— Wątpię.
— A jeśli pozostawili na śmierć?
Przemyślał przez moment pomysł Lucy, ale nie wydawało mu się, by w taki sposób zajmowali się ściąganiem długów.
— Nie. Spaliśmy, więc może wrócą do nas wieczorem albo z rana. Nawet nie jestem pewny, która jest teraz godzina.
— Wieczór tego samego dnia — wyjaśniła krótko Lucy.
— A skąd…?
—… o tym wiem? — dokończyła za niego pytanie. — Bo ja nie spałam. Zabrali mnie tutaj razem z tobą i zostawili. Zemdlałeś i obudziłeś się po… chyba godzinie — nie była pewna. — Na pewno niezbyt długo — zapewniła.
— Ok, już rozumiem. Wierzę ci.
— Loki, w porządku. Nie musisz. Trudno mi ufać. Czasami sama sobie nie ufam…
Otarła wierzch dłoni. Skóra zaczerwieniła się. Loki odruchowo podniósł się, aby powstrzymać Lucy. W miejscu zatrzymały go łańcuchy.
— Przestań, proszę. Zaraz zetrzesz do krwi. — Wskazał palcem na jej rękę. — Wierzę ci, nie czuję, żebym tu leżał więcej niż godzinę — przekonywał ją.
— Dobrze. — Odsunęła dłoń. — I tak mi nie wierzysz.
— Lucy, proszę…
— Nie, to ja cię proszę — wycedziła przez zęby ostrym tonem. — Przestań. Naprawdę cieszyłam się z ponownego spotkania. Sądziłam, że w końcu ktoś mnie obroni. Mama zawsze powtarzała, że źle robię i muszę naprawiać swoje błędy, ale… Czy naprawdę zasłużyłam na karę?
Złapała się za głowę. Przerażony wzrok wbiła w podłogę. Loki nie mógł pozwolić, by jej monolog poszedł za daleko.
— Lucy, rozumiem, wystarczy!
— Nie — szepnęła. — Wcześniej nie kwestionowałam mamy, nie, Layli. Miała rację. Tylko ona miała rację, a ja robiłam wszystko źle. Nie zasłużyłam na obiad. Idź do pokoju. Pozmiataj. Uderzenie to nagroda… Ja…
— Lucy… — wypowiedział cicho jej imię. Pewnie nawet go nie usłyszała, ale to dobrze. Ten jeden raz, wyjątkowy raz zechciał jej wysłuchać do końca.
— Loki, bałam się dawniej, ale nie teraz. Nawet jeśli znowu mnie porwali, to miejsce… — wzrokiem objęła całe pomieszczenie — nie wydaje się już takie straszne. Dlaczego? Powinnam się bardziej bać, prawda? Ale tego nie pamiętam. Tylko ten uśmiech, gdy drzwi się otworzyły. Później było ciemno, a tu jest jasno. Tam byłam sama, a teraz… — Spojrzała Lokiemu prosto w oczy.
— Tak, jak zginiemy, to razem.
Zaśmiali się równocześnie.
— Wolałabym żyć — zauważyła. — Wolałabym stąd uciec i gdzieś… wyjść. Zbyt długo siedziałam w domu.
— Albo w parku — dodał za nią.
— Albo w parku. I Layla pozwalała mi tam w ogóle chodzić…
Uniosła dłoń i dotknęła nią głębokiej blizny na policzku — pamiątki po porwaniu sprzed dziesięciu lat. Palcem musnęła po całej jej długości w jedną stronę, potem w drugą, aż zabrała rękę i jeszcze raz szarpnęła za łańcuch.
— Poluzowało się — powiedziała pełna nadziei. — Jeszcze troszkę…
Drzwi zaskrzypiały. Ktoś pociągnął za klamkę, lecz wejście nie rozchyliło się. Loki i Lucy usłyszeli jedynie po drugiej stronie głośne „kurwa”. Następnie rozległ się huk, jakby ktoś walnął w metalowe drzwi pięścią. Niewiele się pomylili, bo zaraz ktoś jęknął z bólu. Klucze zabrzęczały, a kolejne „kurwa” poleciało wraz z potokiem innych przekleństw.
Wejście otworzyło się, a w progu stanął pierwszy z mężczyzn — młodszy, wręcz za młody na zbieracza długów. Wyglądał jeszcze jak dziecko, które ledwo skończyło podstawówkę. Rysy jego twarzy były łagodne, a uśmiech, który przykrywał twarz sprawiał, że chciało mu się ufać. Lokiego dziwiło, że poruszał się w towarzystwie drugiego mężczyzny — absolutnego osiłka, obklejonego w kolczyki na każdej części ciała. Spojrzenie miał ostre, zabójcze. Takiego człowieka na ulicy się unikało w obawie przed niepotrzebnymi kłopotami.
— Witam serdecznie — odezwał się młodszy mężczyzna. — Zeref, a ten oto pan to Gajeel — przedstawił siebie i kolegę grzecznym tonem. — Zaszła tu chyba „mała” pomyłka, jeśli sam teraz nie zostałem wprowadzony w błąd. Tak więc… — Skłonił się i dokończył: — Przepraszam za kłopot, ale polecono mi zabrać Jude’a. Jeśli bym go nie znalazł, mieliśmy przywieść samą Lucy i Laylę. Niekoniecznie akcja poszła zgodnie z planem.
Zeref wskazał palcem na Lokiego.
— A więc wypuścicie nas? — odezwała Lucy, przysuwając bliżej drzwi, aż łańcuchy zatrzymały ją. — Jeśli to pomyłka, to wypuścicie nas?
— To niemożliwe. Obawiam się, że Loki niekoniecznie będzie mógł stąd wyjść. Wyniknęła z tego zdarzenia całkiem niefortunna sytuacja, ale postaramy się ją jakoś naprawić. Już rozmawialiśmy z naszym szefem i wszystko się wyjaśniło. Dlatego też…
— Jeśli zamierzacie mnie wypuścić, to Lokiego też! — syknęła Lucy. Zmierzyła Zerefa ostrym wzrokiem. — Nie będziecie mnie tu trzymać na siłę. Lokiego też nie.
— Przepraszam, ale… — nie dokończył. Westchnął ciężko i rozczochrał włosy. Łokciem walnął Gajeela w bok. — Powiedz coś — szepnął, choć mało dyskretnie, bo Loki wszystko usłyszał.
— Teraz mam się niby odzywać?! — ryknął. — Tak, twoja wina, a ja mam teraz naprawiać TWÓJ błąd! — Trącił Zerefa w pierś. — Ja tam uważam, że należy zabrać ich do szefa i tam wyjaśnić sprawę.
— Nie. Loki musi tu zostać.
— Dlaczego niby? — zdziwił się. — Akurat wątpię, że poleci na policję po wypuszczeniu.
— Szef…
— Nie usłyszałem decyzji szefa, to akurat twoja interpretacja.
Kłócili się dalej, ale Loki przestał ich słuchać. Złapał za łańcuch i powoli wyszarpywał wyrwę, aby wydostać się. Lucy na pewno puszczą, a kiedy tak się stanie, sam ucieknie. Takie rozwiązanie uważał za najlepsze, skoro planowali się go pozbyć.
— Na pewno wypuścicie Lucy? — wtrącił się w rozmowę.
Przerwali. Popatrzyli się na siebie, a potem Zeref zbliżył się do Lokiego. Przykucnął przed nim.
— Tak. Domyśl się, od kogo mógł ten głupi Heartfilia mógł pożyczyć pieniądze i komu się skończyła cierpliwość.
— Od kogo? — powtórzył. W myślach pojawiło się tylko jedno imię. — Acnologia — szepnął cicho, aby tylko Lucy go nie usłyszała. — To dlaczego chcecie się mnie pozbyć?
— Bo jesteś nic nie wart — warknął Gajeel. — Nawet nie potrafiłeś jej obronić — Wskazał kciukiem na Lucy. — Poza tym za dużo wiesz. Też dobry argument.
— Gajeel — upomniał go Zeref.
— No co?
— Trochę kultury. — Kiwnął na Lucy. — Ktoś słucha.
— To trudno. — Wzruszył ramionami. — Niech ten króliczek uczy się, jak funkcjonuje świat. Nie urodził się taki, któremu by całkowicie dogodzono. Zawsze jakieś „ale”. Ciesz się, że ciebie wypuszczają.
Zeref przewrócił oczami.
— Gajeel — zwrócił się do wspólnika.
— Tak?
— Zamknij gębę, bo z niej jedzie — fuknął ostro. Złapał Gajeela za skórzaną kurtkę i przyciągnął go do siebie. Powiedział mu prosto w twarz: — To. Była. Pomyłka. Ona nie powinna się tu znaleźć, a uwierz mi, że szef za żadne skarby nie chce, by stała jej się krzywda.
— Dobra, dobra, rozumiem, panie sztywny. Wypuśćmy ją. Niech ptaszek sobie leci. Tylko potem nie wrzucaj mnie w jakiś gówno, bo znowu „popełniłeś błąd”. Mnie w to nie mieszaj.
Wyszedł z pomieszczenia. Na pożegnanie pomachał Zerefowi środkowym palcem.
— Dziecko. — Westchnął. — Dobrze, pójdę porozmawiam z szefem, ale najpierw…
Wyciągnął kluczyki z kieszeni i zabrzęczał nimi. Rzucił je w kierunku Lucy. Chwyciła je szybko i zaczęła sprawdzać, który pasuje do zamka.
— Mard Geer! — wrzasnął Zeref. — Chodź i pilnuj ich. Później się spotkamy — dodał ciszej, zwracając się ku Lucy i Lokiemu.
Wyszedł, a na jego miejsce przyszedł o kilka lat starszy, zdecydowanie dużo wyższy od chłopaka mężczyzna o spojrzeniu cwaniaka. Pod pachą trzymał księgę, oprawioną w czarno—złotą okładkę. Na samym jej środku wygrawerowane były inicjały — E.N.D.

sobota, 11 maja 2019

Kategorie: fantasy, bogowie greccy, kryminał, tajemnica, młodzieżowe, romans

Chaos rozprzestrzenia się po całym świecie, gdy do żywych powraca kobieta, która od wieków winna cieszyć się śmiercią na Polach Elizejskich.
Ares zdradza Olimp, Atena zachowuje spokój, a Harry, najmłodszy strażnik "czasu", przestaje powoli wierzyć w nieomylność bogów.
Przeznaczenie puka do drzwi. Wyciąga dłoń. Prowadzi po drodze nieuchronnego losu. Jednak ścieżka, która wiedzie na sam kraniec historii świata, wydaje się bardzo krótka...

JUŻ DOSTĘPNE TUTAJ

poniedziałek, 6 maja 2019


NATSU
Przyklęknął nad zbiorowym grobem ofiar drugiej wojny i złożył ręce w geście modlitwy, gdy jakaś kobieta przeszła obok, niosąc wieniec pogrzebowy. Pieśni uniosły się echem ze starej, cmentarnej kapliczki, przeszkadzając Natsu w modlitwie.
— Mogli by być ciszej — mruknął pod nosem.
Hałasy umilkły.
Uśmiechnął się delikatnie i powrócił do modlitwy, lecz żadne słowa nie padły. Myśli zaczęły krążyć wśród argumentów, którymi ostatnio nafaszerował go Gray. Ścisnął powieki jeszcze mocniej, nawet zaczął zmawiać modlitwę, którą kiedyś nauczyła go mama… Nie dał rady.
Podniósł się i otrzepał kolana z brudu. Przy grobie zapalił dwa znicze i odszedł, pozostawiając po sobie obietnicę, że jeszcze tu wróci. Może dopiero wtedy, gdy w końcu spełni życzenie swoich rodziców, a może szybciej. Nie znał odpowiedzi na to pytanie — tak jak na wiele innych. Przez lata, kiedy przychodził pod grób, próbował wytłumaczyć sobie, co właściwie się wydarzyło tego pamiętnego dnia, gdy ojciec trafił w ręce policji, a mama uciekła w ostatniej chwili z miasta i wyjechała do stolicy. Nikt nie zadał sobie wtedy trudu, by wyjaśnić dziecku, dlaczego zostawiamy tatę za sobą. Nikt nie spróbował powiedzieć, dlaczego tatusia pokazują w telewizji…
Nikt nie był z nim szczery.
Stanął przy bramie przycmentarnej i oparł się o żelazne kraty. Wyciągnął z portfela złożone w pół zdjęcie. Rozłożył je, a serce zabiło mocniej na widok uśmiechniętej mamy, taty i małego chłopca, którego zabrali do zoo w dzień jego siódmych urodzin. Natsu pogładził czule zdjęcie.
— Mamusiu — szepnął niewyraźnie. — Szkoda, że cię ze mną nie ma.
Wziął głęboki wdech i schował zdjęcie do tylnej kieszeni. Ruszył w dół ulicy, kierując się do przystanku autobusowego. Gromada ludzi, niemal trzydziestoosobowa, stanęła przy samej ulicy, wyglądając pojazdu. Natsu przecisnął się przez starsze babcie i przyjrzał się wiszącemu rozkładowi. Do najbliższego kursu miał ponad godzinę. Machnął ręką na komunikację miejską.
— Jaka piękna pogoda — powiedział do pięcioletniego chłopca. — Po co się kisić w autobusie.
Przepchnął się na drugą stronę tłumu i szczerze zaczął współczuć tym ludziom. Jak niby chcieli się zmieścić w tym ciasnym autobusie, kiedy od strony centrum miasta jechało pewnie już z kilka pielgrzymek z katedry. Pokręcił głową. Wolał przejść się na piechotę. Pewnie i tak trafi szybciej na miejsce niż oni.
Jak na trzeci dzień jesieni, pogoda była wspaniała. Słońce przemykało gdzieś między chmurami, spowijając przyjemnym ciepełkiem miasto. Wiatr wiał delikatny, niemal wiosenny. Natsu rozpiął kurtkę. Skręcił w boczną uliczkę, skąd prowadziły skróty do osiedla, na którym mieszkała Lucy wraz z rodziną.
— O, pan Różowa Pantera, miło widzieć! — rzucił mu uwagę mężczyzna, wychodząc na balkon. Uderzył się w wielki bebech i beknął na całą ulicę. — Jak tam zdrówko?
— Nie chce pan wiedzieć… — Machnął ręką. Stanął przed drewnianą furtką. — Zestresowany trochę jestem.
— Dzieciak… — Pokręcił zawodząco głową. — Stres. Poznasz jak pójdziesz do prawdziwej roboty, dzieciaku. A teraz wracaj ssać cycka, a nie… — splunął — o stresie gada… Stres, kto to widział?
— Nie gadaj tak pan. — Zaśmiał się odruchowo. Zakrył usta ręką, żeby tylko mężczyzna tego nie zobaczył. — Młodzi też mają swoje problemy.
— Ojoj, bo się popłaczę.
— Miłego płakania, ja zmykam!
Pomachał mężczyźnie. Ten tylko parsknął pod nosem. Już któryś raz z kolei tamtędy przechodził, już któryś raz rozmawiał, ale dalej nie zapytał tego faceta o imię. Może to i lepiej. Kogo nie poznawał, to ten truł mu dupę o to, że źle postępuje. Miło było porozmawiać z kimś, kto zawracał głowę dla samego zawracania głowy, nie z powodu jego akcji.
Podrapał się po głowie i spojrzał przez ramię. Nikogo za sobą nie zobaczył, choć po części wciąż oczekiwał, że ktoś będzie go śledził. Tak się nie stało, więc ruszył przed siebie pewnym krokiem i już po piętnastu minutach był na miejscu.
— Czyli doszedłem szybciej — powiedział dumnie, nabijając się z kochanej komunikacji miejskiej.
Zrobiło się ciemno. Natsu poczuł, że znowu zaczyna mżyć. Zapiął zamek i na zaś nałożył na głowę kaptur. Przysiadł za blokiem, przed którym mieszkała Lucy, i czekał. Wyciągnął telefon, udając, że coś pisze. Co chwilę jednak spoglądał przed siebie. Lucy nie wychodziła. Spóźniała się? Wcześniej wyszła? Wziął pod uwagę kilka możliwości. Liczyło się jedno — nie przychodziła.
Sprawdził godzinę.
— POŻAR! — usłyszał czyjś wrzask.
Podniósł się z miejsca i wychylił zza budynku. Słup ognia buchnął w górę, a zaraz za nim podążyła gęsta ściana dymu wydobywająca się z jakiegoś sklepu.
Natsu aż wstrząsnęło.
Wyjął szybko telefon i wybrał numer do Lisanny, jednak ta nie odebrała. Rozłączył się. Zacisnął gniewnie pięść, po czym przytupnął głośno. Zobaczył ławkę. Rzucił się na nią i kopnął trzy razy, aż syknął z bólu, gdy po całej nodze przeszedł nieprzyjemny impuls.
Spróbował dodzwonić się do dziewczyny jeszcze raz. Nadal nic.
— Błagam, nie mów, że to zrobiłaś… — wyjęczał. — Nie mów, nie mów, nie mów. Cholera, Gray miał rację. — Aż zrobiło mu się niedobrze na dźwięk tych słów.
Wybiegł do tłumu i rozejrzał się po twarzach. Na szczęście Lisanny wśród nich nie było.
Straż pożarna przyjechała. Odsunął się szybko i wrócił na posterunek, choć nie sam. Podążyło wraz z nim dwóch mężczyzn — jeden ubrany w elegancki, drogi garnitur, drugi z kolei przypominał typowego metalowca. Natsu usiadł na ławce, a ci weszli do bloku, w którym mieszkała Lucy. Miał złe przeczucia. Podniósł się i ukrył za ścianą. Wyciągnął fajkę, udając, że pali, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Choć jak się okazało, wszyscy zbyt bardzo przejęli się pożarem, by zwracać na niego uwagę.
— Puśćcie mnie! — rozległ się kobiecy wrzask.
Z początku nie rozpoznał go, lecz po chwili pojął, że dobiega on z bliska. Lucy, pomyślał i rzucił się w stronę wejścia do bloku. Pierwszy z mężczyzn, metalowiec, chwycił Lucy w pasie i przerzucił ją przez ramię. Kopała, waliła w niego pięściami, a nawet ugryzła, lecz ten szedł niewzruszony w kierunku samochodu.
W Natsu coś pękło.
Zacisnął pięść i pobiegł do porywaczy. Zdzielił siłacza prosto w gębę, a drugiego nadepnął. Lucy osunęła się na chodnik. Nie czekając, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę ulicy.
— Chodź! — krzyknął do niej.
Kiwnęła energicznie.
Przebiegli przez przejście dla pieszych. Wrzasnął jeden raz, drugi, błagając o pomoc, lecz na osiedlu panowała pustka. Pożar pochłonął całą uwagę mieszkańców.
Natsu przegryzł wargę, aby zatrzymać w sobie potok okrutnych słów, które chciał skierować ku Lisannie. To ona, podpowiedziały myśli. Nikt inny nie wiedział, że tu będzie. Nikt inny nie znał sposobu, żeby podpalić te cholerne budynki. I nikt inny nie próbowałby celować w jeden ze sklepów Acnologii.
— Czekaj — burknęła niewyraźnie Lucy.
Zatrzymała się na środku drogi.
— Musimy uciekać, natychmiast — pogonił ją, równocześnie rozglądając się za tajemniczymi mężczyznami.
— Dobrze — powiedziała niepewnie, wyszarpując dłoń z uścisku. — Dziękuję, ale nie…
— Ok, ale już chodź… — pogonił dziewczynę.
Nie ruszyła się choćby o krok. Natsu wrócił do niej i ponownie chwycił za dłoń, gdy z oddali zaczęli zbliżać się do nich tajemniczy mężczyźni. Lucy podniosła głowę i spojrzała Natsu prosto w oczy. W jej spojrzeniu dostrzegł cień niepokoju, inny niż ten, który znał do tej pory. Nie bała się tamtych mężczyzn, a przynajmniej nie w tej chwili, tylko jego. Nim zdążył to pojąć, Lucy kopnęła go w piszczel. Zdusił w sobie krzyk. Odruchowo skulił się i złapał za obolała nogę.
Lucu uciekła w przeciwnym kierunku, ale nadal z dala od porywaczy. Zostawiła Natsu samego. Dla niego to był cios prosto w serce. Zdradziła go, choć miał wobec niej same dobre intencje. Dlaczego się w ogóle powstrzymywał? Przecież sama prosiła się, by zniszczyć hamulce, by wykorzystać ją w pełni.
Był głupi i dopiero teraz dotarło to do niego.
Podniósł się i w podskokach dotarł do sklepu, za którym się schował. Mężczyźni jednak nie byli nim zainteresowali. Pognali za Lucy, ale co dziwniejsze zaraz za nimi poleciał Loki, krzycząc coś na całe osiedle. Nie słuchał go. Słowa się nie liczyły, a to, że tam się znajdował, że wyskoczył z bloku, w którym mieszkała Lucy.
— On… — zaczął, ale nie zdołał skończyć, gdy zdał sobie sprawę ze zdrady. Loki musiał wcześniej znać Lucy, co więcej być jakoś powiązany z jej przeszłością i porwaniem. A uważał go za przyjaciela, gdy przez ten cały czas szpiegował Fairy Tail.
Natsu osunął się po ścianie i wziął głęboki wdech, nim łzy spłynęły po jego policzkach. Wszyscy naokoło tylko go zawodzili, w każdym możliwym aspekcie. Jak miał walczyć z Acnologią, kiedy nawet przyjaciele zamierzali wbić mu nóż w plecy. Był sam…
Rozległ się sygnał straży pożarnej. Przypomniał sobie o pożarze i o tym, że w rzeczywistości wciąż nie jest sam. Obok niego stała Lisanna. Udowodniła swoją wierność tym podpaleniem. Jako jedyna zamierzała rozliczyć się z przeszłością, gdy pozostali uciekali jak tchórze przed rzeczywistością i bali się żyć przyszłością.
Przyszłość nie istniała, bo odebrano im ją dziesięć lat temu.
— Kompletni idioci — szepnął, po czym walnął pięścią w ścianę niskiego budynku. Syknął z bólu. — Cholera, po co to zrobiłem? — Rozmasował obolałą rękę. Na szczęście mógł nią ruszać, nawet nie zdarł sobie skóry do krwi.
Nadal bolało. Chciał dobrze, jego intencje były czyste, ale Lucy nie doceniła ich. Wraz z tą decyzją, spaliła za sobą wszystkie mosty nadziei. Nie musiał już się wstrzymywać. Wystarczyło działać, a do tego potrzebował Lisanny.
Wstał i otrzepał się z brudu, równocześnie uważając na rękę. Obiecał sobie, że pójdzie w odpowiednim czasie do lekarza. Na razie wolał załatwić sprawę z Lisanną.
Lucy zniknęła wraz z Loki’m. Samochód zniknął z parkingu, więc pewnie zostali porwani oboje. Natsu wzruszył jedynie ramionami. Nie kazał jej postępować w ten sposób. Gdyby zaufała mu, już dawno uciekłaby z rąk oprawców, a Lokiemu nic by się nie stało. Współczuł i Lucy, i Lokiemu, ale w głębi serca dziękował za taki przebieg wydarzeń. Przynajmniej poznał prawdę.
W oddali huknęła błyskawica. Natsu wzdrygnął się. Chwycił za ramiona i otarł je, gdy poczuł nieprzyjemny chłód. Mroźny wiatr przemknął między alejkami osiedla. Staż ugasiła już pożar. Ciepło wciąż się wydobywało z budynku. Czarne zgliszcza przerażały. Nic więcej nie zostało ze sklepu, którego pozbyć się postanowiła Lisanna. Czy tak wyglądały miejsca, które sam podpalał? Czy właśnie taki był jego znak rozpoznawczy?
Wystarczyło, że zionął ogniem, a zabierał nawet zgliszcza budynków. Smok… Ognisty smok — tym właśnie był.
Uciekł z osiedla. Wystarczyło patrzenia. Sprawa z Lucy rozwiązała się samoistnie. Wypełnił zadanie, a teraz przyszedł czas, by przejść do kolejnego etapu — do spotkania z ojcem. Niedługo wychodził. Na samą myśl uśmiechnął się. Minęło ponad dziesięć lat, od kiedy po raz ostatni wziął go na barana. Nienawidził tego. Wysokości i silnych ramion ojca. Zawsze ściskał go mocno, aby nie przewrócił się przez energiczne ruchy. Nie umiał wysiedzieć w miejscu. Zawsze na coś wskazywał, z jakiegoś powodu śmiał, a ojciec trzymał mocno, aby nie upadł. „Kiedyś i ty tak będziesz nosił swoje dziecko” — powtarzał mu nieustannie. Był tylko dzieckiem. Nic wtedy nie zrozumiał, ale po tylu latach łezka kręciła mu się w oku na samo wspomnienie tych słów.
— Lisanna — wyszeptał imię ukochanej. Może nadszedł również czas, aby i w tym kierunku poczynić jakiś krok? Może niepotrzebnie się wcześniej wahał?
Wyjął z kieszeni portfel. Z wyszarpanej przegródki wyciągnął pomiętolone zdjęcie, pogięte we wszystkie możliwe strony i zżółkłe przez czas i słaby papier, z którego fotografia została wykonana. Był na nim sam z matką, kilka tygodni przed dniem, w którym zmarła. W oczach wciąż mienił się ten sam obraz, gdy wszedł do ich wspólnego mieszkania w Crocus, kiedy ujrzał ją leżącą na sofie. Do lodówki przyczepiła list — policja oddała mu go tydzień później. Samobójstwo — ostateczny wniosek i zamknięcie sprawy. Kobieta przyjęła zbyt dużą dawkę lekarstw. Natsu przyrzekał, że nigdy wcześniej ich nie brała. Dwa dni później policjant poinformował go, że matka zażywała regularnie środki, od ponad czterech lat. Nic o tym nie wiedział. Nic rozumiał.
„Wypuszczą ojca, wyjedziemy z kraju i razem zaczniemy nowe życie” — zawsze powtarzała Natsu przed snem. Z czasem słowa zaczęły brzmieć coraz bardziej nieprawdopodobnie. A w pewnym momencie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, choć słuchał i udawał, że coś znaczą. Aż, nie pamiętał dokładnie kiedy, na nowo zaczął wierzyć matce. Zaczął przygotowywać się do wyjazdu, odłożyli wystarczająco pieniędzy, spłacili długi, pierwszy list od ojca przyszedł z więzienia, a sprawa porwania Lucy odeszła w zapomnienie.
Tylko że rodzina Heartfiliów straciła cały majątek. Media rozdmuchały informacje o porwaniu sprzed lat. Pięć dni później Amelia Dragneel odebrała sobie życie. „Skrzywdziłam to dziecko. Zapomniałam o tym, a może i chciałam nie pamiętać” — zacytował w myślach ostatnie zdania matki zawarte w liście pożegnalnym. „Dlaczego to zrobiłam? Jak wielką traumę musiało przeżyć to dziecko? Jak wielką traumę przeżyłeś, synku? Wybacz mi. Kocham cię, ale nadszedł czas, w którym nie umiem pójść na przód i stawić czoła przyszłości. Chciałabym wybaczyć Twojemu ojcu, ale dobrze wiesz, że zniszczył nas. Nie umiałabym żyć pod jednym dachem z tym potworem. Z nim, ale i z sobą… Nie bądź tacy jak my”. Urwała. Nie dokończyła, bo jak na złość ostatni długopis w tym cholernym domu wypisał się. Tylko krople łez odbiły się na ostatnich, pustych linijkach.
Dziś postanowił w końcu działać wbrew prośbom matki.
Chwycił zdjęcie z obu stron i naderwał górę. Zatrzymał się i odwrócił głowię, ściskając oczy mocno, aby tylko ich nie otworzyć. Dźwięk szarpnięcia wypełnił jego uszy. Łzy podeszły pod powieki. Wziął głęboki wdech. Musisz to zrobić, tchórzu, pomyślał, kiedy przesunął jedną z rąk niżej, rozrywając zdjęcie w pół.
— Przykro mi, mamo — powiedział przez łzy. — Troszkę naknociłem. Nie mogę jednak obiecać, że się poprawię. Przepraszam… — Wziął głęboki wdech. — Chyba czas skończyć. Z tatą sobie poradzimy.
Uśmiechnął się, lecz był świadomy, jak żałosny i smutny jest to uśmiech. Niepodobny do tego, którego nauczyła go mama. Jednak nawet w tym momencie potrzebował się uśmiechać. Bez znaczenia w jaki sposób.
Dwie połówki zdjęcia wrzucił do kosza i odszedł, nim zdążyła przyjść pierwsza myśl o tym, by wrócić. Zostaw mamę za sobą, rozległ się głos w głowie. Odruchowo starał się go stłumić. Popełnił błąd. Pozwolił mu mówić dalej. Miał rację. Matkę nalało zostawić daleko za sobą.
Poczuł w kieszeni wibrację. Wyjął z niej telefon i odebrał szybko, nawet nie sprawdzając, kto dzwoni.
— Słucham.
Natsu, przepraszam cię… — Dzwoniła Lisanna. — Naprawdę jakoś mnie…
— Przestań — przerwał dziewczynie. — Nie bój się. Sam… Oj, nie mówmy już o tym. Sam miałem zły dzień. Poza tym jestem z ciebie dumny. Piękna robota.
Naprawdę?
— Serio, serio. Może, jak wrócę to... — zachęcił ją, by dokończyła.
Czekolada, film, a potem długa noc? ­— spytała.
— Hm… Nie taka długa, bo pewnie zaśniemy, ale da się jakoś wykombinować z godzinkę czy dwie.
Trzy, cztery albo i dłużej.
Rozkaz, kochanie. Kocham cię, zaraz wrócę.
Tylko kup czekoladę — powiedziała, nim zdążył się rozłączyć.
Natsu przewrócił oczami. Kochał ją, ale czasami doprowadzała go do szaleństwa. Niedziela. Nieliczne otwarte sklepy były w okolicach oddalonego o kilka kilometrów centrum. A sam Natsu marzył już o powrocie do domu i odpoczynku.
— Dobrze, kupię — obiecał, a potem westchnął.
Dzięki, pa, kocham.
Rozłączyła się. Natsu machnął na wszystko ręką i ruszył po czekoladę. Zamierzał pożreć jej tyle, by następnego dnia nawet nie wyjść z kibla. Czekolada była tego warta, tak samo Lisanna.

czwartek, 18 kwietnia 2019


Plagg wyrwał kawałek z camemberta i zamarł z serkiem położonym na płaskiej łapce. Otworzył szeroko pyszczek i spojrzał obojętnie na Tiki, której wzrok był taki sam.
— Ci idioci to idioci — stwierdził, patrząc na Marinette i Adriena. — Myślisz, że do końca świata wyznają sobie miłość?
— Nie jestem pewna — odparła Tiki. — Na czym stanęło?
— Dzieciak wierzy, że Biedronka kocha Lukę i Czarnego Kota. A jak u ciebie?
— Podpisała się tym razem.
— To jakiś postęp.
— Minął rok od Walentynek.
— Dlatego mówię, że może do końca świata uda im się.
Tiki westchnęła, a potem kontynuowała rozmowę:
— Przynajmniej w miarę normalnie umieją rozmawiać.
— Proszę o definicję „normalnie”?
— Normalnie, jak na nich.
— To zmienia postać rzeczy — zauważył Plagg. — Może uda im się, jak wyznają o sobie prawdę?
— Wątpię.
— Szczerze? — Zjadł ser. — Ja też. To idioci. Dwaj cudowni idioci…